sobota, 22 lipca 2017

Recenzja "Dom po drugiej stronie lustra" - Vanessa Tait


Tytuł: Dom po drugiej stronie lustra
Tytuł oryginału: The looking Glass House
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Moja ocena: 4/5

„Dom po drugiej stronie lustra” to nie tylko oczywiste nawiązanie do słynnej „Alicji w Krainie Czarów”. Autorką powieści jest Vanessa Tait, prawnuczka pierwowzoru Alicji, czyli Alice Liddell, dla której Lewis Carroll napisał słynną powieść. W głównej roli występuje tu jednak nie Alicja, a Maria – typowa kobieta schyłku epoki wiktoriańskiej, która hołduje kodeksowi moralnemu, nie ma wielkich wymagań wobec świata, a praca nie przynosi jej satysfakcji. 

Któż z nas nie słyszał o „Alicji w Krainie Czarów”? Małej dziewczynce, która przenosi się do magicznej krainy, w której przeżywa mnóstwo wspaniałych przygód. Jednak czy zastanawialiście się czasem skąd się wzięła historia o Alicji? Jak powstała i kim był człowiek który ją stworzył? Książka Vanessy Tait „Dom po drugiej stronie lustra” opowiada autentyczną historię powstania owego dzieła. Ale jak to się wszystko zaczęło? 






Maria Prickett ma 28 lat i choć uchodzi za starą pannę, bardzo chciałaby wyjść za mąż. Jej dość nudne i monotonne życie, nabiera barw, gdy podejmuje pracę jako guwernantka, u dość dziwnej rodziny dziekana Liddella. Kobieta trafia do świata którego kompletnie nie rozumie, a pod jej skrzydła trafiają trzy dziewczynki, Ina, Edyta i właśnie Alicja. Maria na co dzień zajmuje się dziewczynkami, uczy ich dobrych manier i odpowiedniego zachowania. Trzyma się twardych zasad i właśnie takowe stara się przekazać córką państwa Liddell. Pewnego dnia kobieta poznaje przyjaciela domu, pana Dodgsona, który później przyjmie nazwisko Lewisa Carrolla. Mężczyzna fascynuję Marię, a ta opatrznie odbierając jego sygnały, dochodzi do wniosku że również on, jest nią zainteresowany. Nic bardziej mylnego. Pan Dodgson robi wszystko by być jak najbliżej rodziny Liddell, a zwłaszcza trzech dziewczynek. Jak się okazuje, to nie Maria stanowi obiekt jego westchnień, tylko mała Alicja, która od początku wzbudziła jego zainteresowanie. Odkrycie bolesnej prawdy przez guwernantkę, będzie miało przykre konsekwencje, nie tylko dla niej.

Nie wiedziałam, czego się spodziewać w Domu po drugiej stronie lustra i podeszłam do niej bez zbytnich wymagań. Pokochałam ją jednak i jestem pewna, że jeszcze nie raz do niej wrócę, a przynajmniej do fragmentów. Wydaje mi się, że nie jest to powieść, która przypadnie do gustu każdemu, jednak losy Marii, Alicji, Charlesa są naprawdę wciągające. Choć wszystko poznajemy z punktu widzenia guwernantki, która ma naprawdę ograniczone spojrzenie na świat, możemy wejść tam, gdzie wstęp ma tylko rodzina i dowiedzieć się dużo więcej, niż gdyby narratorem był Dodgson. Już sam styl życia Liddellów, ich bogactwo, jest ciekawą kwestią i wstawki polityczne i społeczne dodają uroku całej książce.

„Dom po drugiej stronie lustra” to książka nietypowa i nieszablonowa. Zdecydowanie odbiega od znanych i przesłodzonych powieści o miłości. Fascynacja Dodgsona małą Alicją, może być postrzegana jako niezbyt normalne zainteresowanie małymi dziewczynkami. Jednak nie ma żadnych dowodów na to, że Carroll mógł przejawiać takie skłonności. Można jedynie polemizować. Bez wątpienia kochał Alicję, w końcu to dla niej stworzył dzieło, które czytamy do dziś.




Za możliwość recenzji dziękuję wydawnictwu



niedziela, 16 lipca 2017

Recenzja "Początek wszystkiego" - Robyn Schneider


Tytuł: Początek wszystkiego
Tytuł oryginału: The Beginning of Everything
Wydawnictwo: Moondrive
Ilość stron: 352
Moja ocena: 4/5

"Wciąż uważam, że każde życie, nieważne jak mało wyjątkowe, ma swój jeden tragiczny punkt zwrotny, po którym dzieje się się wszystko, co tak naprawdę ma znaczenie. Ta chwila to katalizator - pierwszy krok w równaniu. Ale poznanie pierwszego kroku nic ci nie da - dopiero to, co nadchodzi później, odpowiada za ostateczny wynik".

Czytając opis książki byłam przekonana że w książce wystąpi  znany już wszystkim i oklepany temat miłości, młodzieży, szkolnych imprez i dużej ilości alkoholu. Bo przecież "Masz jedno życie, dzikie i cenne". Od razu na myśl wpadła mi wizja tej książki. Utrata, przez którą poznaję nową osobę, która wprowadza w życie poszkodowanego światło, pewność siebie, oraz pokazuje mu że warto żyć. Jednak oficjalny początek wszystkiego znajduje się dopiero na samym końcu książki.

Życia Ezry Faulknera i Cassidy Thrope spotykają się po raz pierwszy na zgromadzeniu kółka debatanckiego, gdzie zaczyna uczęszczać Ezra, zaraz po tym jak przestał nadawać się na zawodnika tenisowego. Tam odnawia swoje relacje z byłym najlepszym przyjacielem - Tobym. Dla Faulknera towarzystwo jego przyjaciela odwraca jego życie do góry nogami, odcinając go od wyobrażeń na temat przyjaciół, z którymi kiedyś spędzał każdą możliwą chwilę. Świat, w którym kiedyś się znajdował staję się dla niego obłudny, a stado ogłupiałych cheerleaderek i sportowców, chce wyrzucić w niepamięć. To nie było środowisko, którego naprawdę potrzebował. 




Książka na pierwszy rzut oka wydaję się prostą i banalną powieścią. W końcu to tylko młodzieżówka. Jednak, im bardziej czytelnik zatraca się w historię tym więcej czasu potrzebuje na swoistą interpretację. Autorka daje w książce popis swoich pisarskich umiejętności poprzez ciekawe opisy, które zostawiają czytelnikowi pole do popisu jeżeli chodzi o wyobraźnię. Jest to książka łatwa, ale i trudna na swój magiczny i ukryty sposób. 

Każdy odbiera ją po swojemu, niejeden czytelnik pewnie utożsami się z naszymi głównymi bohaterami, których wzloty i upadki doświadczył niejeden na swojej własnej skórze. Książka pokrótce jest po prostu o tym żeby nie "gdybać". Jest trochę jak unowocześniona wersja "carpe diem". Każdy człowiek doświadcza swoich osobistych tragedii, ale nie można żyć przeszłością. Trzeba żyć tym, co jest tylko teraz. Bo życie jest jedno. 
Czasami koniec czegoś szczególnie ważnego, okazuje się początkiem wszystkiego.

"Oscar Wilde powiedział kiedyś, że umieć żyć to najrzadsza rzecz na świecie, bo większość ludzi jedynie egzystuje i to wszystko. Nie wiem, czy miał rację, ale wiem, że ja bardzo długo tylko egzystowałem. A teraz zamierzam żyć."


środa, 12 lipca 2017

Recenzja "Playlist for the Dead" - Michelle Falkoff


Tytuł: Playlist for the Dead. Posłuchaj a zrozumiesz.
Tytuł oryginału: Playlist for the Dead
Wydawnictwo: Feeria Young
Liczba stron: 272
Moja ocena: 3,5/5

Przychodzisz pewnego ranka do swojego najlepszego przyjaciela. Zastajesz go martwego, opatulonego kołdrą, a zaraz obok jego zwłok leży iPad z karteczką, na której napisane jest "Posłuchaj a zrozumiesz".

Jedna impreza, na której wyszedł niefortunny wypadek. Zwykła przyjacielska sprzeczka, po której zawsze po dniu wszystko się przejaśniało, a Wy dalej byliście najlepszymi. Jednak nie tym razem. Stajesz twarzą w twarz, że śmiercią jedynej bliskiej ci osoby, bez żadnych wyjaśnień. Co robisz?

Sam za wszelką cenę stara się wyjaśnić całą sytuację, jednocześnie odkrywając siebie samego. Przesłuchuje każdą piosenkę na playliscie próbując cokolwiek zrozumieć. Jednak na próżno. Dopóki na jego drodze nie staje paczka znajomych, a wokoło niego zaczynają dziać się inne rzeczy. 

Czy miłość pozwoli zapomnieć o przyjacielu, czy tylko pogłębi cierpienie po jego stracie?


- Czasami się martwię, że już zawsze będę się czuł tak samotny, jak teraz.- Ja też. Ale jest mi lepiej, gdy wiem, że też się tak czujesz.



Swoją opinię zacznę może od tego, że książkę znacznie lepiej czyta się z playlistą, która rzeczywiście znajduje się w książce. To nadaje naprawdę świetny klimat książki, a dane piosenki dodają wielu emocji w odpowiednich rozdziałach. Myślę że to to nadało wyższą ocenę tej książce. Każdy autor powinien dodawać do swojej książki taką swoją "osobistą playlistę". Wtedy każdemu z nas lepiej byłoby się wciągnąć w daną historię.

Wracając do książeczki. Po skończeniu książki miałam mieszane uczucia. Tak jakby się nie skończyła, tylko zabrakło jej kartek. Z jednej strony była przewidywalna, a z drugiej niektóre rzeczy mnie zaskoczyły, i za każdym razem na plus.

Faktem jest, że wszystkie postacie w książce są dość specyficzne, mówiąc prościej po prostu "hipsterskie". Na dobrą sprawę Sam i Hayden (myślę o aktorce z Teen Wolfa) są hipsterami. Nie połączyła mnie z nimi żadna więź, nie potrafiłam też wczuć się w rolę Sama i choć trochę się zrozumieć.

Czasami odnosiłam wrażenie, że książka opiera się na dialogu:
"- To moja wina!"
" - Nie bo moja!"
- "No może jednak masz rację!"
- " Nie prawda to tylko i wyłącznie twoja wina!".
Przez co wydawała się trochę dziecinna, ale tylko czasami. Czuło się wyraźnie, że jest to książka typowo młodzieżowa. Prosta, łatwa i przyjemna. 

Wielkim plusem było wprowadzanie w rozdziały takich "retrospekcji". Zawsze z przyjemnością czytam takie rzeczy.

Podsumowując, typowa młodzieżówka na odmóżdżenie i jeden raz :)

niedziela, 9 lipca 2017

c z e r w i e c w o b i e k t y w i e

Przychodzę dziś do was z nowym rodzajem wpisów, które będę wstawiać raz w miesiącu, jako podsumowanie moich miesięcznych "zmagań" z fotografią typowo książkową. Mam nadzieję że się wam spodoba :)














I jak wam się podobają?
Pod koniec lipca będzie kolejna porcja!
Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.